Odbiegał on znacznie

Odbiegał on znacznie

Odbiegał on znacznie od zwykłego rozkładu zajęć. Postanowiłem za­fundować sobie większą dawkę relaksu i kilka godzin przesiedziałem nad rzeką łowiąc ryby. Mgła opadła, niebo było przejrzyste i słoneczne, a połyskliwie meta­licznej powierzchni rzeki ani na moment nie zmarsz­czył podmuch wiatru. Wyblakła już nieco w słońcu zie­leń liści i trawy uzupełniała spokojną scenerię tego poranka. Daleki jestem od sentymentalnej emfazy wo­bec przyrody, do tak zwanych wspaniałych zachodów słońca czułem zwykle lekkie obrzydzenie, a oglądając imponującą licytację jesiennych barwnych plam w le­sie czy parku nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to natura naśladuje kulturę, powielając niezamierzenie impresjonistyczne pejzaże. Doceniam jednak scenogra­ficzne walory przyrody, o ile nie zakłócają one moje­go stanu wewnętrznego. Tak było tym razem. Wieczorem rozluźniony i wypoczęty rytmicznie wy­stukiwałem na maszynie kolejne strony powieści. W ciągu godziny przepisałem sześć stron i mimo że zakończenie pracy nad książką planowałem na dzień następny, wszystko wskazywało na to, że uporam się z tym przed czasem. Przepełniała mnie energia, nagli­ła świadomość bliskiego końca, wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić finałowego tremolo. W pewnej chwili zacząłem jednak odczuwać rodzaj niewygody zmuszającej do zmiany pozycji lub choćby do lekkiego napięcia mięśni. Była to dokładna kopia sytuacji z dnia poprzedniego. Tym razem dałem się sprowokować nadwrażliwej wyobraźni i przez dłuższy czas siedziałem bez ruchu. Rozluźniłem mięśnie, po­zwoliłem opaść powiekom, oddychałem powoli i głę­boko. Kiedy podniosłem się wreszcie, wrażenie minęło bez śladu. Szukałem przyczyn powracającej natrętnie niedyspozycji, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Byłem bez wątpienia zdrowy fizycznie, nigdy dotąd nie miałem żadnych obsesji, nie żywiłem nieuzasadnionych obaw czy lęków. Zasnąłem jak zwykle bez trudności. Spię głęboko, ale dość czujnie. Mój model snu dostosował się do pro­gramu zajęć — jego głębokość pozwala na pełną rege­nerację. Pamiętam jednak, że budzony przez kogoś trzeźwiałem od razu. Nie znam błądzenia na pograni­czu snu i jawy. Także i tym razem wrażenie czyjejś obecności w pobliżu spowodowało, że natychmiast prze­kroczyłem granicę snu. Zapamiętałem dokładnie, co mi się śniło. Było to typowo oniryczne przetworzenie wra­żeń z najbliższej przeszłości. Siedziałem nad rzeką w swoim fotelu i łowiłem ryby. U moich stóp rosły ry­dze, podlewałem je wodą z rzeki, a one powiększały się na moich oczach. Spławik zanurzał się co pewien czas, czułem, że żyłka napina się do granic wytrzymałości. W siatce trzepotały trzy wielkie liny. Zastanawia­łem się, co robić z kolejnymi schwytanymi rybami — moje własne potrzeby były w tym względzie niewiel­kie. Z pamięci wyłaniały się twarze przyjaciół i kobiet, które znałem, a także twarze zapamiętane przelotnie, tych ostatnich nie umiałem przypisać do konkretnego miejsca i czasu. Wszyscy wywołani z pamięci kręcili głowami albo odwracali się wzruszając ramionami. Ryby leżące na brzegu trzepotały konwulsyjnie. Za­cząłem spychać je nogą do wody, ale one wyskakiwały na brzeg i bezzębnymi pyszczkami czepiały się noga­wek moich spodni. Gładziłem je po śliskich grzbietach, wypowiadałem jakieś słowa pocieszenia. Próbowałem uciec, ale pełzły za mną z piskiem. Dopiero gdy wszed­łem do wody, uspokoiły się, wszystkie zwróciły pyszcz­ki w moją stronę i zaczęły wpełzać do rzeki. Obudziłem się nagle, czując nieokreślony niepokój. Ktoś patrzył na mnie w ciemności. Senność ustąpiła bez śladu. Zapaliłem światło. Nie bałem się. Nie zwró­ciłem nawet twarzy w stronę, gdzie mogłem się spo­dziewać tej irytującej obecności. To bez sensu.

Poprzedni - Nie było w
Następny - Nie miałem najmniejszej

Strony pokrewne